koty międzygatunkowo psy , , ,

Łączenie różnych gatunków – moje spostrzeżenia na ten temat

            Kto by nie chciał psa i kota pod jednym dachem? Pewnie większość (jak obserwuję) rodzin, ale jak się okazuje, to nie takie proste.

Łączenie zwierząt odmiennych gatunków jest skomplikowanym zagadnieniem, głównie dlatego, że źle się do tego zabieramy. Często zamiast zacząć od poszerzenia wiadomości jak to zrobić, zwierzęta bez żadnego przygotowania są sobie przedstawiane, stawiane przed faktem dokonanym, w naiwnym oczekiwaniu, że „będzie dobrze”, co skutkuje ich wzajemną niechęcią a…  trudno o dobre drugie wrażenie, kiedy pierwsze było przerażające, powodowało lęk, frustrację czy złość, czyli skrajne, negatywne emocje.

            To na co warto zwrócić uwagę, poza:

– dobrym przygotowaniem się do procesu połączenia zwierząt odmiennych gatunków (teoretycznym, aby mieć wiedzę o każdym a także poznać techniki i metody nieawersyjne),

– zapewnieniem obu zwierzętom bezpieczeństwa i przestrzeni to

– uwzględnienie ról, jakie pełnią i różnic, płynące z ich etogramu i potrzeb.

Nie można tracić z oczu, że mamy do czynienia z dwoma indywidualnościami i wzięcie pod uwagę wieku oraz temperamentu zwierząt nie pozostaje bez znaczenia – np. wobec kociego seniora szczeniak może być zbyt natarczywy, a temperamentny kot może dokuczać flegmatycznemu psu.

W przypadku psa i kota (które to połączenie jest najczęstszym w naszych domach, ale równie dobrze możemy analizować w tym zestawieniu kota i świnkę morską lub kota/psa i ptaka) będzie ich wbrew pozorom wiele, m.in. łańcuch łowiecki – sztywny wzorzec zachowania uruchamiany w trakcie polowania.

U psów w wyniku hodowli części łańcucha zostały celowo wygaszone pod kątem użytkowości tych zwierząt, przeciwnie do kotów, które zachowały wszystkie elementy składowe.

            Biorąc pod uwagę wielkość obu gatunków i relatywnie większą reaktywność kota częściej on w tym układzie będzie gonioną ofiarą (chociaż przy dysproporcjach w drugą stronę, kiedy kot (np. Savannah) jest dużo większy od psa (York), agresywne zachowania również się zdarzają). Warto dlatego wziąć pod uwagę różnicę w gabarytach zwierząt pod uwagę.

Tym bardziej jeśli założyć sytuację, kiedy mamy do czynienia z psem, u którego w łańcuchu łowieckim pogoń i schwycenie (jak np. u owczarka niemieckiego, czy posokowca bawarskiego) sama w sobie jest zachowaniem nagradzającym, dającym silną emocję przyjemności w momencie doznawania. Uciekający kot, (które to zachowanie leży w jego naturze w sytuacji zagrożenia, jako jedna ze strategii 5F), będzie bardzo silnym bodźcem, wyzwalającym u psa pogoń. Goniący pies natomiast wywoła u kota-ofiary w łańcuchu pokarmowym uruchomi strategię ucieczki.

Lęk i strach kota to uczucia ulegające szybkiemu warunkowaniu i utrwaleniu, a także generalizacji, przez co kolejne spotkanie i sam już widok psa może wzbudzać reakcję lękową mruczka. Praca post factum ze zwierzętami może okazać się niemożliwa. Z tych powodów warto zadbać o to pierwsze spotkanie. Świadomość opiekuna oraz dobre przygotowanie warunkują często pozytywny skutek międzygatunkowego połączenia.

Kolejną różnicą między gatunkami jest komunikacja, która w przypadku kota i psa na kilku poziomach (zapachowym, dźwiękowym czy mowy ciała) mija się. Dźwięki, jak np. szczekanie będące wyrażeniem różnych emocji dla psa, będzie odbierane jako nieprzyjemny (odczuwany wręcz fizycznie jako ból) hałas przez kota. Pozycję leżącą na boku lub plecach pies odczyta jako sygnał uległości, kot natomiast jest wówczas gotowy do ataku wszystkimi czterema łapami wyposażonymi w ostre i niebezpieczne pazury oraz pysk i zęby gdyż to jego pozycja obronna. Feromony wydzielane przez kota nie są odczytywane przez psa i odwrotnie, co również wyklucza porozumienie na poziomie chemicznym.

            Na charakter zwierzęcia składa się temperament i jego doświadczenia, zdobywane w trakcie rozwoju. Na kształtowanie tych drugich mamy wpływ w procesie socjalizacji, także poprzez wzajemne przedstawienie przedstawiciela innego gatunku. Biorąc pod uwagę zamknięcie się tych okresów, kiedy zwierzęta reagują lękiem zamiast ciekawością, wybierając unikanie, co u psów i kotów przypada na ok siódmy tydzień życia, należy wziąć pod uwagę doświadczenie we wzajemnych relacjach w tym okresie wrażliwości (czyli od 2 do 7 tygodnia życia). Elementy środowiska przyswojone przez zarówno kota jak i psa w tym krótkim czasie (także wzorce innych zwierząt jako kompanów relacji społecznych) będą zapamiętane z dużym prawdopodobieństwem jako pozytywne.

Dodatkowo okresy rozwojowe, w których znajdują się wówczas zwierzęta, związane z zabawą wzmocnią możliwość odbierania partnera innego gatunku jako kompana do figli a nie elementu/końca łańcucha łowieckiego/pokarmowego, (czyt.) ofiary. W ten sposób przygotowane i ukształtowane celowo psy i koty mają większe szanse na późniejsze zgodne życie w międzygatunkowych grupach, dlatego je powinniśmy wybierać ewentualnych połączeń.

            Często obserwowanym w mojej ocenie błędem jest wybór metod i technik łączenia zwierząt różnych gatunków, dobierany przez pryzmat oprawcy (jeśli zatem mówimy o połączeniu kota i psa – dobranie technik właściwych dla psa) a nie ofiary. Mam tu na myśli przykładowo wprowadzenie psa na smyczy na terytorium kota, pokazywanie kotu psa, gdy mruczek znajduje się na rękach u opiekuna, etc. Te techniki z punktu widzenia terytorialnego kota, upatrującego w ograniczeniu przestrzeni awersję już same w sobie nie są pozytywne, bowiem ograniczają i nie dają wyboru.

Tym samym dużo lepsze rezultaty w relacjach między psem i kotem będą mieli ci, przyjmujący koci punkt widzenia i metody właściwe do łączenia kotów, które polecamy w grupie Dokocenie, a nie odwrotnie.

To moje spostrzeżenie, promuję je, gdyż uważam za uzasadnione z punktu widzenia etogramu kota, jego potrzeb a także braku awersyjności tych metod w kontekście psa (pies nie odbiera przegrody socjalizacyjnej jako awersji, w przeciwieństwie do kota dla którego przytrzymywanie na rękach jest nieprzyjemnym ograniczeniem).        

inne koty , ,

Mentor. Po co hodowcy jego wsparcie?

            Hodowcy na swojej drodze napotykają codziennie wiele problemów. Zanim na dobre zaczną przygodę z hodowlą pojawia się masa pytań… Gdzie szukać informacji? Jak założyć hodowlę? Jakie dokumenty są potrzebne? Który związek wybrać i dlaczego? Jaki przydomek? A w szczególności – jaką rasę hodować i dlaczego tę? Jak już te podstawowe problemy uda się rozwiązać spada lawina nowych… Który kot jest dobrym kotem do hodowli? Czy kot hodowlany a wystawowy to to samo? Ile kotów powinno znaleźć się w mojej hodowli? Czy powinienem mieć swojego kocura, czy raczej korzystać z już dostępnych? Co to jest plan hodowlany i jak go ułożyć?

            Te wszystkie zagadnienia powodują, że wielu adeptów pracy hodowlanej już na starcie rezygnuje. A to dopiero początek! Problemy, z którymi przychodzi się zmierzyć potem są dużo bardziej skomplikowane i złożone. Jak dbać o zdrowie moich kotów? Jakie testy przeprowadzić? Które koty krzyżować i dlaczego te? Separować kocią mamę od reszty stada czy nie? Co robić, gdy kotka nie ma rujki lub ma ją zbyt często? Czy kocur hodowlany może być sfrustrowany? Jeśli tak – jak mu pomóc i ten stan łagodzić? Czy koty hodowlane zawsze żyją w zgodzie? W jaki sposób socjalizować kocięta?

            Na te wszystkie pytania nie znajdziemy odpowiedzi w jednej książce . Może w kilku? Sama też poruszam to ważne zagadnienie w moim Poradniku. Są takie pytania, na które nie odpowie nawet wszechwiedzący wujek google…

Z pewnością jednak odpowie na nie praktyka. Ale także… dobry mentor!

            Kim on właściwie jest? Czy warto zadać sobie trud i takowego zdobyć? Co można dzięki temu zyskać? Jak wyglądać powinna sylwetka mentora i ucznia? Postaram się opowiedzieć na te pytania, przybliżając temat.

            Mentor przede wszystkim jest hodowcą z doświadczeniem. Praktykiem, który teorię ma w małym palcu, ponieważ nie raz już tą ścieżkę przeszedł. Jest także przewodnikiem. Cały czas się uczy, bierze udział w kursach, seminariach, czyta, poznaje, rozmawia z innymi doświadczonymi hodowcami… nie spoczywa na laurach! Jest idealnie, gdy ma co najmniej dziesięcioletnie doświadczenie w prowadzeniu hodowli i zna całe spektrum zagadnień z nią związanych. Jest również powiernikiem, przyjacielem i nieocenionym wsparciem w trudnych chwilach dla początkującego adepta. Zawsze odbiera telefon, także w nocy. Odpowiada na maile, rozmawia na czacie, forum… Ma w swoim charakterze takie cechy jak: cierpliwość, uczynność, lojalność, umiejętność słuchania i współpracy, obecność i zaangażowanie w problemy początkującego. Chodzący ideał!

            Nie zawsze jednak mentor odpowiadający temu opisowi będzie w stanie pomóc. Dlaczego? To bardzo proste – bo nie wszystko od niego zależy. Mentor z prawdziwego zdarzenia tworzy z uczniami relacje, wiąże się z nimi. Jak to w kontaktach między ludźmi – nie zawsze to się udaje. Jeśli jednak pojawi się chemia – jest duża szansa na udaną wieloletnią współpracę. Należy pamiętać, że odpowiedzialność za ten „związek” leży po obu stronach.

            Co powinno cechować ucznia? Nie może być pasywny. Musi działać. Oczekiwanie, że mentor przekaże całą wiedzę jest błędem podstawowym! Początkujący musi być gotowy zgłębiać temat, uczyć się samodzielnie, czytać branżowe książki, artykuły, brać udział w seminariach, szkoleniach czy kursach. Mentor nie jest pedagogiem. Jego zadaniem jest prowadzić za rękę. Nie zrobi jednak za swojego podopiecznego całej roboty! Początkujący hodowca musi się zaangażować i współpracować ze swoim przewodnikiem. Omówić z nim swój plan, który być może będzie wymagał ulepszenia? Musi wytrzymać krytykę i się jej poddać. Jeśli już osiągnięty zostanie konsensus, należy się go z pokorą i konsekwencją trzymać. Osobiste pomysły winny być z mentorem omówione – lojalność jest wymagana od obydwu!

            Wydaje się całkiem proste prawda? Z jednej strony mądry mentor, z drugiej – uczeń, który chce poszerzać wiedzę. Tworzą pozytywną relację. Finał!

Dlaczego zatem brakuje mentorów? Czemu nie jest tak, że rozpoczynający karierę hodowlaną może ich wybierać? Dlaczego są hodowcy, którzy nigdy o mentorach nie słyszeli a wielu za nimi tęskni? Czy to jest w porządku?

            Teoria i praktyka często nie idą w parze – oto najlepszy przykład.

W mojej ocenie hodowca sprzedający kota hodowlanego winien ponosić za niego odpowiedzialność. Wyrazem tej odpowiedzialności jest mentoring. Koniec kropka.

To bardzo naturalna sprawa, prawda? Hodowca sprzedający kota do hodowli posiada wiedzę i doświadczenie. Wydaje się nawet, że w jego interesie jest wspomaganie młodego hodowcy. Powierza mu przecież swój skarb – kocię, linie którymi się opiekuje, nie rzadko od pokoleń. Jak może go nie wesprzeć? Ale czy samo wsparcie wystarczy młodemu hodowcy? Uważam, że nie. To zbyt mało. Młody niedoświadczony hodowca, szczególnie na początku swojej drogi potrzebuje wsparcia, obecności kiedy przyjdzie zmierzyć się z problemem. Oczekuje pomocy mentora i powinien ją otrzymać. Jeśli hodowca (sprzedawca) nie był gotowy na niesienie takiej pomocy dlaczego sprzedał kocię? Obowiązkiem hodowcy jest wspierać opiekunów jego kociąt, także kastratów. Wielu hodowców to robi i chwała im za to! Kot hodowlany wymaga szczególnej opieki, innych warunków – za tym idzie odmienna cena. To jest satysfakcja hodowcy – jego wynagrodzenie.

Są wspaniali, wielcy hodowcy którzy rozumieją te potrzeby, zależności i konieczność niesienia pomocy młodszym kolegom. Robią to pro bono, z potrzeby serca, niekiedy przez wiele lat… jest jednak ich bardzo niewielu. Zastanawiające jest, że hodowcy z wieloletnim doświadczeniem, których przecież nie brakuje, nie podejmują się tego zadania… Nie idzie za tym żadna nobilitacja środowiskowa – to też zaskakujące… A szkoda!

Analizując ten problemem – doszłam do następujących wniosków:

– po pierwsze brakuje wiedzy. Trudno dzielić się czymś, czego się nie ma. Z pustego i Salomon nie naleje! Hodowcy nie mający wiedzy, bądź nie będący jej pewni – są niechętni do tego typu przedsięwzięć. Może i lepiej? Ale… czy taka osoba powinna być hodowcą…?

– po drugie – trudno się dziwić, że tylko najodważniejsi hodowcy są mentorami. Brakuje wsparcia w tym zakresie. Zatem nawet hodowca z  dużym doświadczeniem, wiedzą i chęcią pomocy może czuć się zagubiony i samotny w tym przedsięwzięciu.. To jest po prostu trudne.

– po trzecie – wspomniana odpowiedzialność. Hodowcy nie chcą jej ponosić. Mało zrozumiałe, ale bardzo prawdziwe i smutne. Szczególnie w przypadku kotów hodowlanych odpowiedzialność powinna być podwójna. Jako hodowca odpowiadam nie tylko za moich rezydentów ale także za ich dzieci w zakresie ich zdrowia, socjalizacji, itd. ale także zdolności reprodukcyjnych czy potomstwa. Niestety wielu hodowców zwalnia się z tego obowiązku. Oceniam to negatywnie, ponieważ taka obserwacja prowadzi do konkluzji o prowadzeniu hodowli dla zysku lub dowodzi lenistwa.

            A co w przypadku kiedy jeden mentor nie spełnia naszych oczekiwań? Kiedy z zakresu jego wsparcia chcemy wziąć jedynie część wiedzy, umiejętności, praktyki? Czy to w porządku że szukamy dalej i mamy więcej jak jednego mentora? Odpowiedź twierdząca w moim przekonaniu jest prawidłowa. Każdy hodowca jest inny, ma inne poglądy na zagadnienia hodowlane np. dotyczące kastracji, żywienia, inne doświadczenia. Każdy z nas się uczy, ten początkujący jak i ten doświadczony. Może się okazać, że z biegiem czasu uczeń przerośnie mistrza, naturalna wówczas jest tęsknota za innym „większym” autorytetem. To nic złego! Wręcz to naturalne i powinno znaleźć zrozumienie, zarówno ucznia jak i nauczyciela. Nie powinno jednak kolidować z lojalnością, o której było wyżej.

            Artykuł jest zaledwie wprawką do trudnego tematu, jednak mam nadzieję, że rozpocznie dyskusję na ten temat. Chciałabym, aby pozytywnie wpłynął na świadomość młodych hodowców, znajdujących się u progu podjęcia decyzji o rozpoczęciu hodowli. Jeśli zawiodą Was hodowcy od których nabyliście swoje koty – szukajcie dalej. To nie jest łatwe zadanie, jednak nie niemożliwe. Można zyskać bezcenne wsparcie i przyjaźń na lata… Pomoc w trudnych chwilach jest potrzebna… ich w hodowli nie brakuje. Dobrze, aby początkujący mieli wówczas przy sobie kogoś zaufanego…. mentora właśnie!

koty , , ,

Dziecko vs. kot(y)

            Temat mocno istotny a dla mnie aktualny, zarówno dlatego, że całkiem niedawno pojawił się w moim życiu rodzinnym mały człowiek jak też z tego powodu, że w zeszłym tygodniu rozmawiałam o tym „jak to zrobić” by ułatwić zwierzętom zaakceptowanie nowego członka rodziny.

            Ciekawość….czyli jak tego nie zepsuć na starcie…

            Sam fakt oczekiwania na dziecko powoduje dużo zmian z perspekywy kota – opiekunka ma inną temperaturę ciała, w jej brzuchu najczęściej pojawia się „coś intrygującego”, są znoszone dziwne sprzęty (np. łóżeczko) i ciekawe urządzenia (jak wózek, czy nosidełko), to wszystko świetnie/inaczej pachnie, ma ciekawą (dla kota) i przyjemną fakturę (miękkie kocyki), jest stworzone z naturalnych materiałów (jak bawełna) – nic wiec dziwnego, że kota to intryguje. A jeśli  zajmuje – chce to zbadać, eksplorować, doświadczać obecności tych ludzi/rzeczy/przedmiotów. Najprościej jest kotu na to pozwolić. Nie stopować, nie zabraniać, a tym bardziej nie krzyczeć czy gonić z powodu wąchania pościeli czy wózka, aby nie wytwarzać złych skojarzeń z zapachem czy przedmiotami, które za chwile obfitować będą jeszcze w „dziwny” dźwięk i zapach małego człowieka. Bazując na kociej ciekawości i naturalnej potrzebie eksploracji można z powodzeniem zaprosić kota do wstępnego zapoznania się z anturażem malucha.

            Komplikacje?

            Utrudnić sprawę pierwszego poznania może koci temperament czy bardzo delikatna konstrukcja zwierzęcia oraz wrodzona niechęć do zmian. Warto rozważyć, szczególnie w przypadku kotów strachliwych, wykazujących lęk w codziennych sytuacjach, mocno reaktywnych, także tych zwierząt bardziej podatnych na hałas, zapoznanie z nowymi dźwiękami zawczasu. Jak o zrobić?

Wykorzystać można odwrażliwianie i habituację, np. poprzez puszczanie z płyt cd dźwięku/odgłosów wydawanych przez dzieci, czy oglądanie programów telewizyjnych gdzie w tle słychać niemowlęta. Ważne aby zacząć od małej głośności, nie zauważalnej/nienachalnej dla kota i stopniowo ją zwiększać, dzięki czemu zwierzę systematycznie przyzwyczaja się do danych dźwięków (tak jak ludzie którzy mieszkają w pobliżu przejazdu kolejowego, czy lotniska, po czasie przestają zwracać uwagę na te nienaturalne hałasy, gdyż nie stanowią one dla nich zagrożenia i przywykają do nich).

Natura trochę ułatwia cały proces – małe dzieci są dość ciche i ich możliwości wokalne zwiększają się wraz z przyrostem masy ciała i wiekiem, zatem warto wykorzystać ten naturalny cykl właściwie, zamiast unikać kontaktu.

Dezorientację mogą wprowadzać sytuacje nagłe i nieprzewidywalne dla kota, jak przykładowo pojawiające się w domu dziecko bez fizjologicznego okresu ciąży i wczesnego pojawienia się w domu. Pamiętam sytuację, kiedy kot miał problem przed dłuższy czas z zaakceptowaniem adoptowanego synka opiekunów. Ponieważ mieliśmy okazję się wówczas spotkać a oni byli w tej kwestii otwarci udało nam się wspólnie dojść do tego, czemu kocur czuł początkowo dysonans. Sama informacja o powodach wycofania zwierzęcia z kontaktu z maluszkiem uspokoiła rodziców, co wpłynęło pozytywnie na ich relację z kotem oraz jego większą pewność siebie w kwestii wejścia w interakcję z dzieckiem.

               Baza

            Punktem wyjścia do dobrego kontaktu kot-dziecko powinny być dobre relacje z opiekunem, pozytywne nastawienie (koty są mistrzami empatii) i zachowanie rytuałów (kot, którego odsunie się z życia rodzinnego, odbierze się mu czułość z owodu pojawienia się dziecka nie będzie szczęśliwy!), ale to nie wszystko. Zwierzęciu będzie dużo łatwiej, kiedy jego sytuacja w domu, do którego trafi niemowlę będzie komfortowa (nie będzie przeżywał stresu z innych powodów, np. behawioralnych, będzie zdrowe, w dobrej kondycji itd). Sam fakt pojawienia się maluszka będzie generował fizjologiczny stres, dzięki któremu kot będzie się przyzwyczajał do nowej sytuacji. Istotne jednak, aby nie piętrzyć dodatkowych komplikacji i ułatwiać zwierzęciu zakceptowanie tego faktu.

              To już dziś! Oddychaj…

            Przyjazd maluszka do domu wiąże się z oczekiwaniem, wielkimi emocjami i ogólnym zamieszaniem. Nie lubiący co do zasady zmian kot kiepsko odnajduje się w akich sytuacjach – warto o tym pamiętać i nie generować dodatkowych atrakcji w postaci wizyty babci, zamieszania organizacyjnego, jak składanie łóżeczka, biegania po domu czy hucznego przyjęcia…  Niech to będzie spokojny dzień, najbardziej typowy dla domowników, jak się da.

            Miałam okazję obserwować reakcje moich kotów przy narodzinach Zuzi i Karola, moich najmłodszych dzieci, towarzyszyłam w tym doświadczeniu też pośrednio opiekunom moich kociąt i kotów jako hodowca, kiedy przygotowywałam ich na to wydarzenie i dawałam rady, co robić.

Moment poznania jest istotny a pierwsze wrażenie może rzutować na późniejsze relacje. Z tych powodów warto dać kotu przestrzeń i swobodę podejmowania decyzji, kiedy będzie mieć ochotę na podejście do nowego domownika, obwąchanie go i pierwszy kontakt fizyczny. Pewnie będzie ostrożny, zestresowany, być może napięty, podejdzie wolno, na ugiętych łapach. Jeśli będzie szukać wzrokiem naszej aprobaty/wsparcia w tym trudnym momencie powinien ją dostać. Może to być spokojny komentarz słowny, czy/oraz pogłaskanie kota – z pewnością poczuje się pewniej, co go ośmieli i będzie zachętą do kolejnego kontaktu, a o to nam przecież chodzi.

Odradzam, co zdarza się niestety dość często „pokazywanie” dziecka kotu, poprzez wzięcie zwierzęcia na ręce i zbliżenie do noworodka. Takie zachowanie nie będzie pozytywie odebrane – wręcz przeciwnie – utwierdzi w przekonaniu że ta mała istota wiąże się z przymusem (z ludzkiego uścisku kotu trudno się oswobodzić i w sytuacji stresującej tak może właśnie odebrać przytrzymywanie nad niemowlęciem), może spowodować dodatkową niechęć i wzmocnić ostrożność naszego mruczka, zamiast go zapewnić o braku zagrożenia. W skrajnych przypadkach przytrzymywany kot, próbujący uniknąć tej patowej sytuacji może chcieć za wszelką cenę uciec, co może być niebezpieczne.